poniedziałek, 18 marca 2013

Słowem wstępu


Moja  przygoda z książkami zaczęła się dość wcześnie. Gdzieś tak między trzecim a czwartym rokiem życia. Wszystko przez moją fascynację tym książkowym światem, przez uwielbienie opowieści „O wilku i siedmiu koźlątkach” oraz przez irytację na własną rodzicielkę.

Wspomniane wyżej opowiadanie było moim ulubionym. Aż tak bardzo, że szczegółowo znałam każdy zwrot akcji, a nawet potrafiłam zarecytować z pamięci. Niestety jako nieczytająca byłam skazana na łaskę bądź i nie mojej mamy, która czasem z braku czasu lub przez znudzenie sukcesywnie pomijała fragmenty opowiadania, byleby skończyć szybciej. Fakt ten bardzo mnie irytował i szybko doszłam do przekonania, że mama nie jest kompetentną osobą, jeżeli chodzi o czytanie mi książek. Wtedy też stwierdziłam, że jeżeli ktoś ma to zrobić lepiej, to będę to tylko ja. Zażądałam od mamy, żeby czym prędzej nauczyła mnie czytać. Rodzicielka chętnie na to przystała i od tamtej pory ona miała z głowy codzienne czytanie przed snem, a ja już nie irytowałam się, że ktoś pomija fragment opowiadania.

Potem poszło już górki. Rodzina przypięła mi łatkę mola książkowego, co zrobili też później rówieśnicy w szkole. Gdyby ktoś mnie zapytał, ile książek przeczytałam, miałabym niezły orzech do zgryzienia. Najzwyczajniej w świecie nie pamiętam. Nie prowadziłam rejestru, a może powinnam?

1 komentarz:

  1. Ja też żałuję, że kilka lat temu nie zapisywałam jeszcze książek, które przeczytałam, a teraz większości kompletnie nie pamiętam. ;(

    OdpowiedzUsuń