Moja przygoda z
książkami zaczęła się dość wcześnie. Gdzieś tak między trzecim a czwartym
rokiem życia. Wszystko przez moją fascynację tym książkowym światem, przez uwielbienie
opowieści „O wilku i siedmiu koźlątkach” oraz przez irytację na własną
rodzicielkę.
Wspomniane wyżej opowiadanie było moim ulubionym. Aż tak
bardzo, że szczegółowo znałam każdy zwrot akcji, a nawet potrafiłam zarecytować
z pamięci. Niestety jako nieczytająca byłam skazana na łaskę bądź i nie mojej
mamy, która czasem z braku czasu lub przez znudzenie sukcesywnie pomijała
fragmenty opowiadania, byleby skończyć szybciej. Fakt ten bardzo mnie irytował
i szybko doszłam do przekonania, że mama nie jest kompetentną osobą, jeżeli
chodzi o czytanie mi książek. Wtedy też stwierdziłam, że jeżeli ktoś ma to
zrobić lepiej, to będę to tylko ja. Zażądałam od mamy, żeby czym prędzej
nauczyła mnie czytać. Rodzicielka chętnie na to przystała i od tamtej pory ona
miała z głowy codzienne czytanie przed snem, a ja już nie irytowałam się, że
ktoś pomija fragment opowiadania.
Potem poszło już górki. Rodzina przypięła mi łatkę mola
książkowego, co zrobili też później rówieśnicy w szkole. Gdyby ktoś mnie
zapytał, ile książek przeczytałam, miałabym niezły orzech do zgryzienia.
Najzwyczajniej w świecie nie pamiętam. Nie prowadziłam rejestru, a może
powinnam?
Ja też żałuję, że kilka lat temu nie zapisywałam jeszcze książek, które przeczytałam, a teraz większości kompletnie nie pamiętam. ;(
OdpowiedzUsuń